Barcelona. Klęska urodzaju

Organizując w 1992 roku igrzyska olimpijskie, Katalończyczy modlili się o to, by wypromować swoją stolicę i uczynić z niej turystyczną mekkę. Modlitwy zostały wysłuchane. Barcelona jest jednym z najczęściej odwiedzanych miast Europy. Teraz mieszkańcy modlą się, by turyści się wynieśli.

Nowo wybrana (w czerwcu) pani burmistrz Ada Colau z ugrupowania Podemos postawiła sprawę jasno: turyści, zwłaszcza ci „budżetowi”, którzy z plecakami włóczą się po mieście, nie płacą za hotele, tylko wynajmują przez internet „dzikie” kwatery, piją, awanturują się i traktują miasto jak jedną wielką plażę – mają się wynieść.

25 milionów euro, które dzięki turystyce wpływa DZIENNIE do kieszeni hotelarzy, restauratorów i sklepikarzy to oczywiście miła rekompensata niewygód, ale znaczna część mieszkańców, którzy nie mają szczęścia czerpać swoich dochodów z turystyki, mówi zdecydowane „NIE”.

Doskonale ich rozumiem. Wychowałem się w Zakopanem, w 28-tysięcznym mieście, do którego rocznie przyjeżdżają trzy miliony turystów. Moja mama jest nauczycielką. Ojciec pracował w położonym z dala od turystycznych Krupówek, prowincjonalnym muzeum. Nie wynajmowaliśmy kwater letnikom, bo na 42 metrach kwadratowych w bloku było i tak zdecydowanie za mało miejsca dla czteroosobowej rodziny. W sklepach nie było praktycznie nic, bo towar znikał pod ladą zanim trafił na półki. Przecież tą rzeszę turystów trzeba było jakoś wyżywić, a właściciele prywatnych pensjonatów mieli lepsze od nas układy z kierowniczkami sklepów spożywczych. Oczywiście Barcelona nie ma problemu z zaopatrzeniem – przecież mają kapitalizm a nie zgrzebny socjalizm, jaki pamiętam z mojego dzieciństwa. Ale problemy zakopiańczyków i barcelończyków są dziś podobne. W centrum miasta, przy bulwarach Las Ramblas, tak jak na zakopiańskich Krupówkach, nie kupimy w normalnych cenach chleba, jajek, czy mleka. Na zakupy trzeba jechać do supermarketów pod miasto. O ile 70 tysięcy pracowników sektora turystycznego w Barcelonie godzi się zapewne na te niedogodności, nie denerwuje się przebijając się codziennie przez tłumy turystów, wzrusza ramionami na widok półnagich torsów na reprezentacyjnych placach miasta traktowanych jak przedłużenie plaży, czy ignoruje pijackie śpiewy rozochoconych wakacjami młodzieńców o drugiej nad ranem, to zdecydowana większość zwykłych, szeregowych pracowników biur, fabryk, czy rzemieślników, ma tego serdecznie dość.

Nigdy w historii świata turystyka nie była tak prosta i tak szeroko dostępna dla nawet mało zarabiających. Nigdy nie było tak swobodnego przepływu ludzi – w obrębie Unii Europejskiej bez paszportów, wiz, czy granicznych kontroli. Stajemy więc pierwszy raz wobec turystycznej klęski urodzaju. Wenecja – perła średniowiecznej i renesansowej architektury, poddała się całkowicie dyktatowi przemysłu turystycznego. Wenecjanie wyprowadzili się do Mestre, po drugiej stronie laguny, i zarabiają na wynajmie swoich wilgotnych apartamentów, przerabiając stare kamienice na hostele i restauracje. Chcą wyciągnąć ile się da, zanim miasto popadnie w całkowitą ruinę i zniknie z powodu globalnego ocieplenia pod powierzchnią lazurowej, adriatyckiej wody.

Paryż – najchętniej odwiedzane miasto w Europie, zaprzestał jakiejkolwiek promocji, bo turyści i tak tam przyjadą. W Pradze, Krakowie i Budapeszcie władze miast łamią sobie głowy co zrobić, żeby ograniczyć przyjazdy sprytnych backpackersów, którzy nie meldują się w hotelach, nie chodzą do muzeów, a relaksują się w miejskich parkach i na ulicach za pomocą sześciopaku kupionego w dyskoncie piwa. Żeby było jeszcze gorzej – umykają wszelkim statystykom, więc nie wiadomo ilu ich tak naprawdę jest i jaką strategię przyjąć, by jakoś ucywilizować ten proceder.

Zwolennicy radykalnych rozwiązań apelują, by tak jak to zrobiono niedawno w Wenecji – podnieść opłaty hotelowe i lotniskowe. Liczono, że dzięki temu podziwiać „Starą Damę” będą jedynie bogaci konsumenci dóbr kultury, których będzie stać na wyśrubowane ceny.

Tylko, że w przypadku Wenecji osiągnięto skutek przeciwny do oczekiwanego. Zamiast turystów z ciężkim portfelem, przyjeżdża do miasta tłum jednodniowych backpackersów, najczęściej ze swoją wałówką. Bywa, że śpią w śpiworach leżąc na ulicy, a kąpią się nago w Canale Grande. Opłaty hotelowe ich nie obchodzą, bo do hoteli wpadają co najwyżej, by skorzystać z toalety. W restauracjach nie jadają, statystykom umykają.

Rozwiązaniem może być rozprowadzenie ruchu turystycznego po wielu mniejszych miejscowościach. Gdyby włodarze Barcelony, zamiast narzekać na najazd turystów, zainwestowali w promocję kilkunastu kurortów na Costa Brava, to może za parę lat strumień turystów popłynął by do wielu miast całego regionu, a nie tylko koncentrował się w stolicy. Ale to wymaga wyrzeczenia się egoizmu. A to nigdzie na świecie nie jest łatwe.

Related News

Comments are closed

© 2014-2016 TURYSTYKA24

Close