Trasa Warszawa – Kraków w PKP to prawdziwa męska przygoda

Jako dziecko pociągi uwielbiałem. 24-godzinny przejazd z Zakopanego do Świnoujścia cieszył mnie bardziej niż pobyt nad chłodnym Bałtykiem. Dlatego nie dawałem wiary narzekaniom na PKP. Ale…

Polskie Koleje Państwowe mają ostatnio kiepską prasę. Gazety pastwią się nad niewydolnym systemem informatycznym i wiecznymi opóźnieniami. Im więcej PKP inwestuje w reklamę, tym efekt jest gorszy. W centrum Warszawy trudno przejść dwie ulice, żeby z plakatów nie uśmiechnęła się do nas miła dziewczyna deklarując: „Bilety kupuję przez internet”, a profesjonalny modelowy biznesmen poinformował nas: „Z Warszawy do Gdańska? Najszybsze jest InterCity”.
W piątek rano miałem umówione spotkanie w Krakowie, więc w pierwszym odruchu sprawdziłem rozkład jazdy. Wychodziło jasno, że jeśli ruszę z Warszawy około piątej, to spokojnie na ósmą z minutami zdążę. A jeśli pociąg się spóźni?
Nie mogłem zawalić spotkania, więc wyjechałem w czwartek po południu. Chciałem kupić bilet przez Internet – tak jak ta dziewczyna z plakatu, ale niestety system zamawiania zawieszał się złośliwie tuż przed wyborem sposobu płatności. Logowałem się parę razy i nic nie wskórałem. Musiałem wybrać się do kasy dworcowej.
Tu poszło mi już łatwo. Cóż, może z informatyzacją trzeba jeszcze trochę poczekać. Ważne, żeby wsiąść do pociągu i pojechać.
Wagon był nowoczesny – tak jak lubię, bez staromodnych ośmioosobowych przedziałów. Nikt nie musiał deptać po piętach współpasażerom, gdy chciał wyjść do toalety.
W nowoczesnym wagonie, toaleta była zresztą nieczynna. Cóż, zdarza się najlepszym. Wystarczyło jednak przejść dwa wagony dalej i w „starym” wagonie, takim z przedziałami, toaleta działała. Znaczy, chyba działała, bo odważyłem się tylko zajrzeć. Pamiętacie „najgorszy kibel Szkocji” z filmu Trainspotting? No właśnie…
Wróciłem na swoje miejsce. Rząd przede mną, przy stoliczku (a jakże! w nowoczesnych wagonach bez przedziałów, w samym środku są dwa stoliczki), rozsiadło się towarzystwo budowlańców spod Nowego Sącza. Pili wzmocnione wódeczką piwko. Nie pierwsze, jak sądzę, bo szybko byli już w stanie mocno wskazującym. Jeden z utrudzonych górali zasnął z twarzą wtuloną w wielką torbę, a po podłodze pociekła podejrzana, żółta struga.
Przed Włoszczową pociąg stanął na dobre 45 minut. Żałuję, że nie wyszedłem na spacer. W moim ulubionym filmie „Doktor Żywago” jest taka scena: środek Syberii, pociąg staje w ośnieżonym krajobrazie, pasażerowie wychodzą z wagonów, przechadzają się, obrzucają śnieżkami. Czekają aż przejedzie pociąg specjalny z komisarzem Strielnikowem.
Powinienem wyjść, przewietrzyć się. I odpocząć od straszliwego disco polo, które płynęło z głośnika umieszczonego gdzieś tuż nad moją głową. Przeklinałem „Majteczki w kropeczki”, „Dzie-e-wczyno ma!” i całą resztę tego sentymentalnego chłamu. Przeklinałem też PKP. Aż zorientowałem się, że to nie głośnik w wagonie, tylko górale, którzy odpalili swojego boom-boxa. Wszyscy spoglądali na nich z wyrzutem i udręką, ale nikt nie zareagował. Wiadomo, co pijany góral zrobi, jak go ceper zaczepi – ciupaga w plecy i do piachu.
Wytrzymałem jeszcze piętnaście minut. Głowa mnie tak bolała, że było mi wszystko jedno. Jak mają ubić, to ubiją. Wstałem i najgrzeczniej jak potrafię poporosiłem o wyłączenie disco polo. Pijani górale, ku mojemu zdziwieniu przeprosili i wyłączyli upiorne dźwięki. Dostali za to rzęsiste oklaski od reszty pasażerów.
Cisza nie trwała długo. A raczej dopiero teraz usłyszałem, że disco polo skutecznie zagłuszało inne dźwięki, które teraz nacierały z podwójną siłą. Rząd za mną młoda dziewczyna, na cały głos opowiadała komuś przez telefon mrożącą krew w żyłach historię o dziadku, który umył koryto i przez to obraził się na babcię. W każdym zdaniu używała przerywnika „kuźwa”, co pozwalało się domyśleć, że pochodzi z okolic Pcimia.
Jeden z „górali” odebrał komórkę i zaczął mówić płynnie po ukraińsku. No proszę!
Pociąg ruszył. Mieliśmy tylko 70 minut opóźnienia. Pani konduktorka zwierzyła się, że to nic takiego. Wczoraj, to dopiero było opóźnienie, że ho, ho!
Dojeżdżamy do Krakowa. Dziewczyna siedząca za mną ostatni raz mówi „kuźwa” i wylewnie żegna się ze swoim rozmówcą, a następnie z półki nad głową ściąga futerał ze skrzypcami i pcha się do wyjścia.
Górale budzą swojego najbardziej spracowanego towarzysza i opróżniają torby z pustych butelek – po co targać ze sobą szkło, co nie?
Dwie godziny spóźniony wpadam do krakowskiego mieszkania moich przyjaciół.

– Jechałeś pociągiem? – dziwi się gospodarz – Nie szkoda ci czasu i pieniędzy? Słuchajże, ja do stolicy Mazowsza jeżdżę już tylko Bla-Bla Carem. A pociągiem pojadę dopiero, jak Pendolino będzie jeździło na tej trasie półtorej godziny.
Czyli nigdy…

Related News

2 komentarze

Leave a Reply

Trackbacks/Pingbacks

  1. Matejko umrze w sobotę. Kto się cieszy?
  2. 10 najbardziej irytujących zachowań pasażerów samolotu

© 2014-2016 TURYSTYKA24

Close