Wenecja. Karnawał czas zacząć!

Rozpoczął się najstarszy i największy europejski karnawał. Wenecja tętni życiem. Warto tu teraz przyjechać, czy też omijać to miasto szerokim łukiem?

Nie jest aż tak obłąkany jak ten w Rio, gdzie trzy kolorowe pióra, to już całkiem solidny kobiecy strój. I nie kończy się tak wstrząsająco jak w Maladze i Sewilli – paradami zakapturzonych biczowników. Ale to właśnie karnawał w Wenecji jest uznawany za ten najbardziej „klasyczny”, niemalże ojciec wszystkich innych karnawałów. Właśnie wystartował w sobotę i potrwa do późnej nocy 17 lutego.
Jeśli ktoś uważa, że Wenecja jest zatłoczona latem, albo we wrześniu (bo akurat na przykład George Clooney bierze tam ślub), to lepiej niech omija perłę Adriatyku w pierwszych dwóch tygodniach lutego. Ale ci, których nie przerażają tłumy, ani ceny hoteli wywindowane do astronomicznej wysokości, za to cenią sobie to, by być „we właściwym miejscu i we właściwym czasie”, powinni już pakować walizki. Bo Wenecja w tych dniach, to pępek świata.
Zwłaszcza, że to być może jeden z ostatnich takich karnawałów. Poziom wody w lagunie podnosi się dramatycznie szybko i z roku na rok coraz wcześniej następują wiosenne podtopienia, gdy morze wdziera się na plac Świętego Marka, a co niższe mostki nikną pod wodą.
Umrze, czy jednak przetrwa?
Trudno zgadnąć. Tyle razy wieszczono już jej śmierć, że przypomina hrabiego Draculę z gotyckiego horroru Brama Stockera – jest permanentnie zawieszona, i to nie między życiem a śmiercią, a raczej pomiędzy agonią a niebytem.
Swoje najjaśniejsze dni przeżywała w XIII wieku. Na polecenie doży – obieralnego „prezydenta” państwa-miasta, krzyżowcy zamiast odbijać Jerozolimę z rąk Saladyna, złupili chrześcijański Konstantynopol, by wykraść relikwie świętego Marka – patrona Wenecji. Potem Wenecjanin Marco Polo (czyli w zasadzie nasz rodak Marek Pol), wyruszył jedwabnym szlakiem do Chin. Dalej nie zapuścił się żaden Europejczyk.
Była największą morską potęgą Europy, a jedyną konkurencję stanowiły galery z Genui – odwiecznego wroga Starej Damy. I to właśnie z Genui wyjdzie człowiek, który zada śmiertelny cios chwale Wenecji – Krzysztof Kolumb. To on, dla Hiszpanii odkryje Nowy Świat i Europa przeniesie swoje zainteresowanie z Morza Śródziemnego na Atlantyk. To będzie początek końca Wenecji.
Ale Stara Dama będzie umierała długo. W XVIII wieku słynne weneckie maskarady, podczas których zostawiano w domach moralne zasady i tytuły szlacheckie, będą szokować I pasjonować całą Europę. Zamaskowani książęta, arystokraci, ale także słudzy, czeladnicy, biskupi, wydrwigrosze, artyści i miernoty, wszyscy będą bawili się przy dobrej muzyce i kiepskim winie, korzystając z hojności weneckich dam, które święcie wierzyły, że „w karnawale, to nie grzech”.
Świetną robotę PR zrobili Wenecji XIX-wieczni pisarze i kompozytorzy, którzy z Niemiec i Anglii, śladami Goethego i Byrona wpadali tu podczas Grand Tour. Już wówczas opisywali umierające miasto, pełne zapadających się w morskie fale kamienic. Pisali o starych ludziach dożywających swoich dni w opuszczonych, zimnych pałacach. Lamentowali, że bajecznie bogate zbiory sztuki, niszczeją w podupadłych kościołach. Wenecja była miastem-widmo, po którym hula zimą wiatr, a demony w maskach i płaszczach, przy dźwiękach jarmarcznej muzyki, straszą przemykając gondolami czarnymi jak śmierć.
Ale jednak w XIX wieku Wenecja nie umarła.
Ani w wieku XX, choć od pierwszego „upadku” minęło pięć stuleci i niejedno imperium w tym czasie powstało i osunęło się w otchłań zapomnienia. A Wenecja wciąż trwa.
Ale czy przetrwa globalne ocieplenie i najazd milionów turystów?
I czy mamy patrzeć na tą piękną śmierć z daleka, czy też pojechać tam, by na zawsze został nam pod powiekami obraz najpiękniej umierającego miasta świata?

Related News

Comments are closed

© 2014-2017 TURYSTYKA24

Close